Wszystkie fotografie pochodzą z albumów rodzinnych (głównie z Kuchar i Bronnej Góry). Większość zdjęć wykonał mój dziadek © Jan Ficki. Portrety Heleny Mniszek to produkcje przedwojennych zawodowych fotografów. Skany z odbitek na potrzeby witryny są mojego autorstwa. Teksty: Barbara Wachowicz, Stanisław Radomyski, Maria Ficka, Maria Darkiewicz i moje.

Michał Rażniewski

Helena Mniszek

Legenda Trędowatej
Ujrzałam tę książkę pierwszy raz dnia 6 marca 1909 roku, na wystawie księgarni Gebethnera i Wolfa, na Krakowskim Przedmieściu. Zatamował mi się oddech w piersiach, przytem uczucie takie, jakbym skoczyła w głębinę bez ratunku. Stało się!... Jak bomba wpadłam do pokoju hotelowego mego ojca z krzykiem: Już jest! Już jest! - Kto jest? ... co? - spytał mnie ojciec przerażony. -Trędowata w oknie! - zawołałam tak tragicznie, jakby istotnie jakaś trędowata stała przed nami. Gdy dziś przypominam sobie te czasy, uśmiecham się...

Przy stoliku siedzi szczupły starszy pan o siwych wąsach. Obok stoi dziewczyna. Bujne włosy, wysoko upięte. Twarz delikatna, zamyślona. Rękę opiera o stos książek rozrzuconych na stole. Ich tytuły są na tym żółtawym zdjęciu doskonale czytelne: "Trędowata", "Trędowata", "Trędowata". Pod zdjęciem Helena Mniszek zapisała: "Sabnie, 22 VII 1909". Pierwsze podlaskie lato po ukazaniu się "Trędowatej". W 1927 roku wspomni te chwile na łamach "Tygodnika Polskiego" - z uśmiechem.

W domu mego dzieciństwa, także na Podlasiu, "Trędowate" były trzy. Jedna w ozdobnym, albumowym wydaniu. Druga z fotosami Smosarskiej. Trzecia w zeszytach groszowych. Czytać mi nie dawano. Nie rozumiem dlaczego, skoro "Połanieckich" i "Hanię" było wolno. Z zakazaną lekturą pomykało się więc na strych pachnący jabłkami i kurzem. Było tam jedno okrągłe okienko wychodzące na alejkę z bzami. Kiedy przyjeżdżał brat mojej matki z narzeczoną, chodzili zawsze długo tą aleją, a ja popatrywałam na nich z uwielbieniem i pretensją, że kochają się tak pogodnie. Że tej Janie, która ma warkocze jak Stefcia i temu Januszowi, który jeździ konno jak Waldemar, żadna "sfera" nie broni miłości...

Ledwie parę dni minęło odkąd pojedynkując się jako Wołodyjowski (brat) i podchorąży orszański Andrzej Kmicic (ja) zwaliliśmy na siebie resztki autentycznej chmielowej altany. Na fioletowe siniaki matka dołożyła nam tęgo pasem, co brata (onże przeor Kordecki) stanowczo zniechęciło do planowanej właśnie obrony Jasnej Góry, a mnie (Kmicica) pchnęło w objęcia literatury, która, zdawałoby się żadnych wstrząsów nie rokowała.

I oto gdy "łóżko Stefci zapłonęło ogniem słońca w całej świetni jego potęgi, a hufiec niebieski zaszumiał skrzydłami, uniósł się na złotym szlaku, wyfrunął z pokoju, powiększony o jedną przeczystą duszyczkę" - ryknęłam takim płaczem, że zdekonspirowałam swoją pokojówkę i za kark odciupasowano mnie przed oblicze matki, najgroźniejszego z sędziów. Brat - aktualnie Orli Szpon obserwował operację kolejnego lania z bolesnym współczuciem - jest wojna. A ty beczysz, że umarła tam jakaś panna w książce! - zasyczał potrząsając nade mną tomahawkiem. - Lepiej chodź, będziesz Wodna Lilią - zaofiarował wspaniałomyślnie. - Nie będę żadną lilią. Nie beczę,że umarła. Ty tego nie zrozumiesz! (Ruszyłam w jego kierunku, aż przezornie osłonił się tomahawkiem.) - Beczę, bo będę musiała wyjść za mąż, a przecież nikt nie będzie mnie kochał tak jak Waldemar Michorowski! Popatrzył na mnie okrągłymi oczami. - Daremne żale, podchorąży orszański - powiedział nagle mściwie. - Z tobą nikt nie zechce się ożenić. Niestety - nie miał racji.

Po raz drugi ryczałam nad "Trędowatą" już zupełnie legalnie, chorując na odrę przed maturą. Tym razem nadszedł na te szlochy brat mojego ojczyma. - Chodziłem do gimnazjum w Siedlcach z siostrzeńcem Mniszkówny - przypomniał sobie.

W roku 1965 - kiedy przygotowywaliśmy dla telewizji adaptację "Trędowatej" - ta uwaga pomogła mi wpaść na trop rodziny Heleny Mniszek i dowiedzieć się czegoś o autorce książki, której legenda nie ma równej sobie w naszej literaturze.

Nazywano ją imieniem Kurcewiczówny
"W kilku książkach moich wspominam Wołyń, gdzie w dużym dworze, nad Słuczą pierwsze swe dziecinne spojrzenia rzucałam na tą prześliczną rzekę i gdzie potem podczas wakacji, w lesie wśród olbrzymich sosen lub na polanie wśród borów, zaczytywałam się w "Trylogii" i w nowelach Sienkiewicza egzaltując się i fantazjując na swoją rękę" - pisze o sobie Mniszkówna. "- Ach co za bajeczne pomysły rozsadzały wtedy płonącą głowę! Pierwszym moim utworem, zaczętym, gdy miałam czternasty rok, był dalszy ciąg "Trylogii", gdzie bohaterem miał być rycerz przepiękny, podobny do matki swojej, kniaziówny Heleny i do Bohuna (ale dlaczego właśnie do Bohuna - nie wiem), Jaremka Skrzetuski, bohaterką zaś, jakiś ósmy cud świata mojej własnej inwencji. Para ta miała przeżywać nadzwyczajne przygody. Ale powieść została nieskończona, i Jaremka Skrzetuski zostałpozostawiony własnym losom, gdyż znalazłam w sobie tyle odwagi w szesnastą rocznicę urodzin, by zalać ten niewczesny pomysł zimną wodą otrzeźwienia."
- Czytała od rana do nocy - wspomina siostra Mniszkówny. - Trylogia była jej ukochaną książką, recytowała bezbłędnie na pamięć całe strony, dialogi, opisy. I nazywano ją w domu imieniem Kurcewiczówny - Halszka. Świetnie mówiła wołyńską gwarą. Kiedyś w gronie wytwornych dam, goszczących właśnie w Worotniowie , wyruszyłyśmy kawalkadą, by zademonstrować im pola azaliowe. - Oto krzewy azalii pontyjskiej... - zaczęłam objaśniać grzecznie. - Inaczej zwanej "wołniaczem", "zieliną" albo "drapisztanem" - uzupełniła od razu mój wykład Halszka ludowymi nazwami kwiatu. Wykwintne amazonki lekko się skrzywiły. Była dowcipna, pogodna, wesoła. Kiedy musiałyśmy przenieść się do Sabni - majątku rodziców na Podlasiu, początkowo tęskno nam było za Słuczą i bogactwem barw tamtego krajobrazu. Ale Halszka rychło pokochała gorąco ciche, senne, podlaskie pola i potem, kiedy już wiele podróżowała, mówiła zawsze, że czuje się tu szczęśliwsza niż nad Morzem Śródziemnym...

W 1899 wyszła po raz pierwszy za mąż za Władysława Chyżyńskiego, który zabrał ją na Litwę, gdzie urodziły się dwie córeczki i pomysł "Trędowatej". Siostra poznała tam środowisko arystokracji i kiedy w 1903 roku, po śmierci męża , przyjechała do nas na Podlasie do Sabni już miała pierwszy szkic powieści. Mniszkówna zaczęła pisać "Trędowatą" mając lat dziewiętnaście.

"P. Helena Mniszek, przystępując do pracy literackiej, posiadała po temu wiele danych: znajomość świata, dobrze rozwinięty zmysł obserwacji, wyobraźnię bujną, nawet styl nieźle wyrobiony, ale przede wszystkim ma ową niebezpieczną łatwość pisania i dlatego ciężką Kalwarię przejść musi, wielką z sobą stoczyć walkę, zanim poskromi własną gadatliwość..." - czytamy w piśmie "Społeczeństwo" z 1909 roku.

Recenzent chwaląc w "Trędowatej" - "dobrze podchwycone charaktery, sylwetki ciekawe, sytuacje o napięciu dramatycznym" - dodaje - "niepodobna rzucić kamieniem na autorkę i odradzać jej dalszych prób na polu twórczości literackiej, należy jednak ubolewać nad tem, że pośpieszyła się z drukiem swych pierwocin, za jakie uważam "Trędowatą". Powieść tę powinna była poczytywać jedynie za ćwiczenie - i jako takie zachować na dnie biurka, albo co lepiej, spalić, albo wreszcie wydać, lecz po zasięgnięciu wskazówek wybitnego znawcy piśmiennictwa..."

Nie wiedział krytyk ze "Społeczeństwa", że Mniszkówna zasięgała przed wydaniem Trędowatej" rady nie byle jakiego "znawcy piśmiennictwa". Był nim Bolesław Prus.

Ojciec, Michał Mniszek - Tchorznicki, zanim podjął ryzyko wydania własnym sumptem debiutanckiego utworu starszej córki, wysłał ją do Warszawy na konsultację ze stryjem. Stryj Józef, lekarz wybitny i postępowy, pierwszy, który wprowadził obowiązek przymusowego szczepienia ospy, był przyjacielem Prusa jeszcze ze Szkoły Głównej.

"Gdy po raz pierwszy weszłam do gabinetu śp. Prusa, drżałam z wzruszenia i ... trwogi - pisze Mniszkówna. - Prus bowiem otrzymał już poprzednio od stryja moje rękopisy, szłam przeto po wyrok. Co usłyszę z ust znakomitego autora? To było dla mnie wówczas kwestią ważniejszą, niż wszystkie inne na świecie. Prus łatwo spostrzegł moje wzruszenie, powitał mnie serdecznie, uśmiechał się, wskazał mi krzesło przy stoliku i postawił przede mną szklankę wody, prosząc łagodnie z tą swoją znaną słodyczą, abym się uspokoiła. Sam zaczął chodzić po pokoju, pytał o różne szczegóły, tyczące się mnie i mego zamiłowania do pióra. Rozmawialiśmy długo, szczerze. Z rozmowy tej byłam dumna i szczęśliwa. Gabinet Prusa zastawiony był od sufitu do podłogi książkami, na prostych drewnianych półkach. Prostota i szczerość, cechująca czcigodną postać tego wielkiego duchem, a tak skromnego człowieka, jego uśmiech łaskawy - wszystko to nastroiło mnie jakby słoneczną pogodą. Duszę miałam pełną zachwytu i wdzięczności za jego dobre, drogie słowa, za to, że był takim właśnie jakim był. Pokochałam go od razu, jak ojca, a gdy wreszcie usłyszałam wyczekiwany, decydujący dla mnie wyrok, uniesiona szałem radości, ręce Prusa przycisnęłam do ust. - Co robisz, królu mój? entuzjastka z Pani - zawołał ubawiony. Mógł mnie nazwać entuzjastką, widząc łzy szczęścia, płynące z moich oczu. On pierwszy dodał mi otuchy i zachęty do wydania "Trędowatej" oraz do dalszej pracy. Są to wspomnienia nie zatarte z duszy i serca, trwać będą zawsze z jednakową wyrazistością, okraszone szczególnym urokiem."

6 marca 1909 roku zobaczyła swoją pierwszą książkę na wystawie w księgarni. Ojciec - fundator imprezy - zdecydował, że sfotografuje się z córką i jej pierwszym
literackim dzieckiem. Nie wiedział, że będzie ono kosztowało Helenę tyle łez, ile żadne z jej czworga rodzonych dzieci.

Ale wiosną 1909 roku z Warszawy nadbiegły do Sabni od stryja Józefa sygnały optymistyczne - książkę wykupiono błyskawicznie a prasa literacka potraktowała "Trędowatą" najzupełniej serio.

"Z bijącym sercem odczytywałam pierwsze krytyki..." - pisze Mniszkówna. Drukowały je poważne pisma. - "Kraj", "Biesiada Literacka", "Bluszcz", "Przegląd Powszechny". Podpisywali ludzie o znaczących nazwiskach - Edward Słoński, Antoni Lange, Wiktor Gomulicki.

"Zanim jeszcze znalazłam czas na przeczytanie dwóch okazałych voluminów zaznajomiły się z niemi dwie młode kobiety" - pisze Gomulicki. - "Każda, zwracając mi powieść miała powieki zaczerwienione. U jednej był to skutek bezsenności. - "Ta Trędowata tak szalenie zajmująca, żem noc całą na czytaniu spędziła." U drugiej czerwoność pochodziła od łez nad książką wylanych (...) Ja ani łez nad "Trędowatą" nie wylewałem, anim dla niej z nocy dnia nie czynił. Dramat opisany przez autorkę nie był już dla mnie zupełną nowością. Znałem go w archaicznej oprawie królewskiej i zwał się wówczas "Zygmunt i Barbara". Znałem go też w oprawie cesarskiej, współczesnej, a na imię mu było... Rudolf i Maria Vecsery..."

Odwoławszy się do takich historycznych pokrewieństw, Gomulicki chwali akcję powieści przeprowadzoną "z niemałą zręcznością i w sposób istotnie zajmujący", chwali autorkę, która "kreśli piękne obrazy przyrody, umie zręcznie poprowadzić dialog, w scenach dramatycznych zdobywa się na siłę...", chwali wreszcie zawarte w "Trędowatej" "próby satyry społecznej i moralizowania na temat obowiązku arystokracji."

Antoni Lange nazywa Mniszkównę "spadkobierczynią sławy p. Rodziewiczówny", zaś Antoni Mazanowski publikujący w 1916 roku (kiedy "Trędowata" miała już kilka wydań) na łamach "Przeglądu Powszechnego" rozprawkę "Współczesna galeria powieściopisarek polskich", grzmiąc: "dochodzimy do tego, że jeśli trzeba chronić córki nasze przed powieścią Tetmajera, Żeromskiego lub Daniłowskiego, to trzeba na cztery zamki zawierać przed niemi powieści Zapolskiej, Wielopolskiej, (...) Rygier-Nałkowskiej, bo to lektura lupanaru" - pisze jednocześnie z sympatią o "Trędowatej", jako o "pasteli delikatnej i barwnej", ocenia "rozdziały opisujące walkę ordynata ze sferą" słowami - "silne, dramatyczne, zajmujące."

Wydawcy szturmują o następne utwory. Dwudziestokilkuletnia wdowa robi się sławna.

- W 1910 roku Halszka wyszła za mąż za Rawicza - Radomyskiego i wyjechała do Rogal pod Łukowem - wspomina siostra.

- Tam urodziła następne dwie córki (bliźniaczki), tam napisała "Czcicieli szatana", "Książęta boru", "Gehennę" i "Verte", tam udzielała się społecznie, zakładała ochronki, szkółki dla dziewcząt. Potem przeniosła się do Kuchar pod Płockiem. Obydwie byłyśmy bardzo szczęśliwymi mężatkami i matkami (mam dzieci pięcioro). Widywałyśmy się rzadko. Halszka dręczyła się złymi pełnymi jadu uwagami o swoich książkach, kilka razy zapłakała przy mnie. - Pamiętasz tamtą wiosnę 1909? - zapytała mnie kiedyś. - Boże! Ile było we mnie zapału, ileż wzruszeń przeżywałam, kiedy drukowała się "Trędowata". Jeszcze wolna od tych pocisków różnego gatunku i kalibru, które grzmocą w nią teraz i bez przerwy tak, że z samego strachu mogła strędowacieć naprawdę... Roześmiałam się. Poczucie humoru nie opuściło mojej siostry. Mimo wszystko. W 1939 roku Niemcy wyrzucili ją z Kuchar z czterema córkami. Jej drugi mąż nie żył już od ośmiu lat.

Zabrałam Halszkę do Sabni. Była chora. Swoją serdeczną miłość do Podlasia wyraziła w powieści "Sfinks". Marzyła, żeby już na tej ziemi pozostać. Pochowano ją na Podlasiu 18 marca 1943 roku.

Moja matka
W domu najmłodszej córki Heleny Mniszek wisi portret autorki "Trędowatej". Portret wykwintnej damy w kapeluszu i w czarnych koronkach. Kobiety o urodzie ujmującej i subtelnej.

- Moja matka? - zastanawia się córka Mniszkówny . - Było w niej wiele sprzeczności. Wielka dama, ślicznie ubrana, władająca czterema językami, mistrzyni towarzyskiej konwersacji - potrafiła być chorobliwie nieśmiała, gdy wkraczała na teren jej twórczości literackiej. Siedziała całe życie na wsi, odcięta od mód i prądów literackich. Nie miała żadnych szans na konsultację tego, co pisze, z kolegami po piórze. Nigdy nie odważyła się przekroczyć progu literackich kawiarni Warszawy. Nikt nie korygował tego co pisała. Wydawcy kupowali na pniu i gwałtowali o terminy. Nierzadko zdarzało się, że matka nie dostawała nawet do przejrzenia próbnych odbitek. Przy wydaniu "Pustelnika" (1919 rok) , w erracie dołączonej na ostatnich stronach, wydawnictwo informowało, iż "z powodu fatalnej komunikacji pocztowej nie mogła Szanowna Autorka sama wykonać korekty". A w tekście były takie drobiazgi jak "filutnie" (!) zamiast "nieufnie", "dom" zamiast "dam", "roztocz" zamiast "rozpacz" itd.

Nie pamiętam matki odpoczywającej. Towarzyska i rozmowna - lubiła też dalekie samotne spacery. Mnóstwo czytała i w jej różowym buduarze pełno było książek. Lubiła pielęgnować i malować kwiaty. Długo i często grała. Najchętniej sonaty Beethovena. Miała bogatą kolekcję atlasów i przeglądała je zawsze z radosnym podnieceniem, odbywając z nami wyimaginowane podróże trasami, które znała - do Francji i Włoch, i tymi, które poznać pragnęła - do Indii i Afryki. Akcja jej nowel "Kwiat magnolii" toczy się nad Gangesem, akcję "Królowej Gizeli" umieściła w fikcyjnej, wymyślonej przez siebie monarchii zwanej Sustia okupującej marzące o niepodległości prowincje Arwji, Rakwedów, Gwiazdy Morza... Miały to być Austro - Węgry i im podległe państwa.

Bardzo zajęta obowiązkami domowymi pisała najchętniej nocami. Czasem budziłam się już nad ranem, a z pokoju matki jeszcze padała smuga światła niebieskiej lampy.

Kiedy przychodziła wydana świeżo książka, gorączkowo rozcinała paczkę. Chwila pierwszej radości rychło ustępowała zalęknieniu. Czytała swym silnym metalicznym głosem i komentowała: -To nie tak. To trzeba było inaczej. Znów będą krytykować i słusznie. Była wrażliwa i egzaltowana. Wszystko przeżywała intensywnie i nie taiła tego. Drżała przed pocztą, która obok listów od wydawców i producentów filmowych przynosiła jej prasę z recenzjami. Najczęściej powtarzało się w nich zdanie sformułowane przez "Biesiadę Literacką" z okazji "Gehenny": "Zdolności są niewątpliwe, lecz trzeba je wszakże szanować, umiejętnie wybierać temat, starannie opracowywać ..."

"Ileż otrzymałam już cięgów, mocno przykrych, za zbyt długie opisy przyrody i zapędzanie się w zachwytach nad puszczą leśną lub roztoczą morską - pisała Mniszkówna. - Lecz gdy tylko zaczepię o które z nich, pióro przeistacza się natychmiast w niesfornego wierzchowca i ten już targa, kiełzna, niesie, jak opętany przez dwa tomy... po czym następuje ocknięcie się, mniej przyjemne pod syczeniem krytyki. Cyt! Ostrożny wołyniak powiedziałby tak: "Koly lycho spyt, ne budya to może ukusyt".

"Trędowata" na ekranie! Nieśmiertelne dzieło Heleny Mniszek przyobleczone w kształt kinematograficzny. W roli Stefci, która zgasła jak kwiat dziwnie przezroczy , zatruta fanatyzmem sfery - królowa polskich ekranów - Jadwiga Smosarska! - doniosły reklamy prasy filmowej w 1926 roku. "Kino dla wszystkich" relacjonowało w każdym numerze przebieg realizacji filmu. Że zdjęcia plenerowe w Natolinie "dzięki łaskawej uprzejmości Heleny hr. Potockiej", że Marcello - Palińska gra księżnę Podhorecką, a Józef Węgrzyn ojca Stefci, że dla balu kostiumowego toalety pań wykonała firma Bogusława Herse, że cała Warszawa śpiewa piosenkę:

Nasza promienna
nasza płomienna
nasza kochana
nasza wybrana
swojska i dziarska
Jadzia Smosarska.

I że premiera "Trędowatej" w kinie "Palace" stanie się na pewno oszałamiającym sukcesem.

- Pamiętam tę premierę - mówi córka Mniszkówny. - Pojechałam z matką. Zamieszkałyśmy w hotelu "Royal" na Chmielnej, skąd było kilka kroków do kina "Palace". Ale wyszłyśmy późno, matka szła wolno zdążyłyśmy, kiedy już przygasły światła. W przerwie otoczyła nas rodzina z gratulacjami. Matka uciszała ich błagalnym głosem. Za nic nie chciała zdradzić swego incognito...

Recenzje z filmu przeglądała zadziwiająco pogodnie. Pamiętam, że śmiała się serdecznie, czytając jak jakiś zapalony futurysta wołał w "Gazecie Literackiej": "P. Węgrzyn powinien wrócić do teatru, a p. Smosarska wyjść za mąż, do tej ostatniej roli nadaje się bowiem znakomicie. Nie olgiwajcie się panowie, że karmicie nas sztuką. Kostki Maggi'ego mają więcej smaku niż wy. Drogi futuryzmu otwierają się przed wami. Konstrukcja jak żelazo czeka na swego kowala. Las i łąkę przemianujcie na czynniki RUCHU! Człowieka uróbcie na przedmiot!"

Ani na premierę drugiej wersji "Trędowatej" , zrealizowanej w 1936 roku z Elżbietą Barszczewską w roli Stefci, ani na premierę "Ordynata Michorowskiego" - nie pojechała.

Nigdy nie widziałam, by udzielała jakichś wywiadów. Nie znosiła reklamy, nie dbała o nią, tak jak i o pieniądze... Nie miała w sobie źdźbła merkantylizmu do tego stopnia, że nawet nie zastrzegła sobie praw autorskich.

Istotnie - próżno by szukać zdjęć Mniszkówny i wywiadów z nią w prasie dwudziestolecia. Ten, obficie cytowany, z "Tygodnika Polskiego" jest jeden jedyny. Tak jak jedyne jest zdjęcie dworku w Sabniach w "Kurierze Warszawskim" z podpisem: "Tam, gdzie tworzyła autorka Trędowatej..." Słowa "moja kariera" Helena Mniszek pisała w cudzysłowie. Umieszczając jej zdjęcie "Kurier Warszawski" stwierdził, iż "te rysy są mniej znane niż "Na ustach grzechu..."

"Na ustach grzechu" było parodią "Trędowatej" pióra Magdaleny Samozwaniec.

W 1932 roku "Kurier Poranny" ogłosił interesującą ankietę "Kobieta, która nadchodzi", zapraszając do udziału w niej przede wszystkim mężczyzn. Wypowiadali się więc między innymi Karol Irzykowski, Tadeusz Peiper, Jan Wiktor, dr. Rubinrat - jeden z twórców Poradni Świadomego Macierzyństwa. Wśród pierwszych kobiet, które poproszono o głos była Helena Mniszek.

W 1909 roku niecierpliwił się nad "Trędowatą" "Bluszcz": "... Bohaterka - Stefcia nie wzbudza sympatyi, o jej stronie duchowej nic nie wiemy, nadto, że woli być żoną, aniżeli kochanką ordynata, że lubi komfort, jest do tego stworzoną, i że potrafi reprezentować na zewnątrz tj. w salonach ród Michorowskich. To stanowczo za mało, jak na kobietę dwudziestego wieku."

1.Jakie zmiany dostrzegłam w psychice kobiety ostatniej doby? - Wyraźne dążenie do wyzwolenia się z kobiecości i praw należnych płci, chęć naśladowania mężczyzn w czem tylko się da, co wiele kobiet uważa obecnie za szczyt indywidualności i rozumu (...) Psychika kobiety dzisiejszej dąży przeważnie szlakiem materializmu, wszelkie szczytne ideały są dla niej przeżytkiem, marzenia przedstawiają się najczęściej w formie osiągnięcia świetności materialnej i "błękitnego Packarda".

2. O co powinna walczyć kobieta? - Aby razem z mężczyzną z jednakową mocą duszy i rozumu nieść wytrwale sztandar pracy społecznej i rodzinnej, opromieniony tęczą ideału i myśli poważnej - nie przestając być kobietą.

- Myślę, że to była właśnie jej życiowa dewiza - powiedziała córka Mniszkówny, kiedy przypomniałam jej ten górnolotny cytat.

Powód choroby i śmierci autorki "Trędowatej był jakby wyjęty z jej powieści. Król belgijski zabił w wypadku samochodowym swoją piękną żonę Astrid. Ktoś podał tą wiadomość Helenie Mniszek w gorączkowy, emocjonalny sposób. Upadła. To był początek paraliżu.

Na Zaduszki 1969 roku dwie córki Mniszkówny pojechały do Kuchar na grób ojca. Podszedł jakiś starzec: - Panienki z Kuchar? - Panienki, jak panienki, ale z Kuchar - uśmiechnęły się. - Pamiętam rodziców panienek, a najwięcej panią. - Pamięta pan matkę? - Był pogrzeb Karczewskiego, powstańca ze stycznia 1863. Pani przemawiała nad grobem. O ojczyźnie. W drugiej wiosce było ją słychać! - Tak, matka miała donośny głos... - To nie głos... Jej mowę ptaki powtarzali.

Artysta Michorowski
"Społecznego znaczenia powodzenia "Trędowatej" nie należy lekceważyć, leży tu jakaś tajemnica, którą warto by zbadać..." - napisał kiedyś Jarosław Iwaszkiewicz. Stwierdza on, że czar takich "przyciągających bajek" jak "Trędowata" zasadza się na ich ludowości, pochodzeniu od bajek, typu opowieści braci Grimm. Stwierdza, że "Stefcia Rudecka" jest młodszą siostrą Tilla Eulenspiegla, a chociażby Fanfana Tulipana".

Julian Krzyżanowski pisze w "Neoromantyźmie polskim": "Osobliwe zjawisko literackie, napraszające się o formułę ideal sięgnął bruku ma tu swoją osobliwą wymowę - sukces bowiem Mniszkówny stał się bowiem sygnałem pojawienia się nowych, a rozległych potrzeb czytelniczych w środowisku, które nie dorosło do rozumienia i przyjęcia dzieła pisarzy nawet najbardziej demokratycznych".

"Trędowata" otworzyła wielu ludziom drzwi do prawdziwej literatury. Znany wydawca, Michał Arct, wykazał z pomocą księgarzy wiejskich, którzy roznosili książki na plecach, że na "Trędowatej" uczyło się czytać więcej ludzi, niż na elementarzu "Płomyka". "Sama pożyczyłam kiedyś "Trędowatą" ludziom, którzy nigdy nie czytali poza "Expressem". Pół kamienicy na Pięknej schodziło się na głośne czytanie. Waldemar Babinicz wytropił gdzieś na wsi "Trędowatą" krążącą w ręcznych odpisach....

"U nas jeszcze wielu się nie orientuje, a wielu nie chce w to wierzyć, że lud nasz włościański i sfery robotników agrarnych i fabrycznych, to potęga przyszłości, to fundament, na którym oprą się zawsze twórcze poczynania nasze. Wielu uważa lud za balast, za złą moc, konieczność, lecz odpychającą, często nienawistną - dlatego głównie, że dąży także do własnych praw, zupełnie słusznie i przynależnych im, takim samym synom ojczyzny jak i możnowładcy. Spośród tego ludu wyłoni się nowa inteligencja przyszłości Polski i nowe twórcze siły społeczeństwa..."

Któż by się domyślił, że te słowa wyszły spod pióra autorki "Trędowatej"?

A jednak to właśnie ona w powieści "Powojenni" próbowała przeciwstawić pokoleniu pustych światowców - wartościowych i prawych "pracowników ziemi". Robiła to naiwnie i nieudolnie, ale na pewno w najlepszych intencjach.

Do 1939 roku "Trędowata" miała 16 wydań. Pisał Sztaudynger:

Najsłodsza dziewczęca lekturo
Nieporównywalna pomadko
Sny będziesz różowić córom
Jak kiedyś naszym matkom

Sny córom różowił Elvis Presley i "Czerwone Gitary", kiedy 1 kwietnia 1965 roku "Ekspress Wieczorny" ogłosił, że wieczorem telewizja nada inscenizację legendarnej powieści Heleny Mniszek "Trędowata". Żart prymaprilisowy się udał. Nikt nie uwierzył. A to była prawda.

Zrobiłyśmy tę adaptację z Wiesią Czaplińską-Kalenikową, pomnę tych wieczorów na Pięknej, gdy za ścianą naszego wynajętego , studenckiego pokoju odbywało się zbiorowe misterium czytania "Trędowatej". U naszego gospodarza-murarza. Gospodarz zostawiał kartki: "Pani Basiu, wyjezżam, proszę dać jeść ribą". Namiętnie dbał o swoje akwarium. Zwany był przez nas "Ribą", a niewtajemniczeni plotkowali, że snobki mieszkają tylko u Francuzów. Żona "Ribą", pani Lodzia, zagadywała nas - dlaczego ten aktor Janczar, którego zabili w filmie "Pokolenie" jechał wczoraj żywy tramwajem, sąsiadka widziała... Po śmierci Stefci pani Lodzia chodziła zapuchnięta przez trzy dni, a potem poprosiła o jakąś nową książkę. Dałyśmy "Nad Niemnem". Obdarowana na imieniny koszulą z koronkami, powiedziała rozżalona: - Myślałam, że dostanę cos do czytania. - Pognałyśmy po "Lalkę". Kamienica była zamieszkana przez ludzi prostych, często z zapadłych wsi. Zwyczaj zbiorowego czytania, poczęty od "Trędowatej", przetrwał tam długie lata.

Igor Śmiałowski grał w telewizyjnej "Trędowatej" ordynata. Jeszcze trzy lata potem sekretarka Teatru Narodowego przyjęła telefon proszący o udział w akademii - artystę Michorowskiego.

Zimą 1970 roku w klubie studenckim "Żak" zorganizowano licytację książek. Prym wiodły dwie pozycje. "Ulisses" i "Trędowata". "Kurier Polski" z dnia 15 lipca 1970 roku donosi: "Na targowisku w Łodzi od lat istnieje stoisko "księgarskie" trudniące się niemal wyłącznie sprzedażą egzemplarzy "Trędowatej". W maszynopisie egzemplarz osiąga już cenę 700 zł, w rękopisie 500 zł. Można też wypożyczyć "odpis" po 200 zł za każdy tydzień. Od wypożyczającego wymagany jest "zastaw" w postaci...dowodu osobistego.

Oryginału "Trędowatej" łódzki "księgarz" nie miał na stoisku od pięciu lat".

Barbara Wachowicz ("Ty i Ja" - Maj 1971).



Wspomnienia Rysi
Wspomnienia o mojej śp. matce sięgają czasów bardzo odległych. Będąc jeszcze małą dziewczynką, pamiętam matkę moją zawsze czytającą lub piszącą w swoim pokoju. Dzieciom wtedy nie pozwalano tam wchodzić. Właśnie wtedy pisała mama "Trędowatą", pierwszą swoją powieść, która tak bardzo rozsławiła autorkę. Potem napisała jeszcze ponad 16 utworów, o wiele lepszych, ale właśnie ku zmartwieniu matki została "autorką Trędowatej". Była kobietą wysoce kulturalną, pełną energii i werwy, dobrą matką i żoną drugiego męża, bo pierwszy mąż zmarł bardzo wcześnie - mając 24 lata. Matka została z dwiema córkami i zamieszkała w Sabniach u swoich rodziców. Po śmierci pierwszego męża zaczęła pisać "Trędowatą", która została wydana w Kijowie przez Idzikowskiego, na koszt dziadka (ojca Halszki - przyp. M.R.) Michała Mniszek - Tchorznickiego. Dziadek wysłał Helenę do Warszawy do stryja Józefa, który był przyjacielem Bolesława Prusa na konsultacje. Bolesław Prus - ten sławny już wtedy człowiek, autor wielkich dzieł, po przeczytaniu "Trędowatej" ( w rękopisie ) doradzał by ją wydać. Powiedział, że Halszka zostanie sławną autorką i ma talent.

"Trędowata " była tłumaczona na język rosyjski, czeski i już robiony był przekład na niemiecki, ale wybuchła wojna. Matka moja po wyjściu drugi raz z mąż za przezacnego i kochającego Antoniego Radomyskiego, mogła swobodnie rozwinąć swój talent i umiłowanie pisarstwa. Mieszkała na wsi w Rogalach, tam też była czynną społecznie. Mając swoje dochody z wydawnictw, które były rozchwytywane, mogła dużo dobrego zrobić dla ludzi pracujących w majątku Rogale. Dla dzieci pracowników majątkowych założyła przedszkole i szkołę, stworzyła kółko teatralne, jeździła z odczytami. Opiekowała się kobietami na wsi. Miała ogromne poczucie sprawiedliwości. Wiele też było wtedy trudności z władzami, które potrafiła jakoś pokonać i swoją pracę prowadzić. Lubiana była przez wszystkich, bo też wiele pomagała finansowo biednym literatom i artystom. Zapraszała do siebie na całe lato, zawsze miała gości; sama do Warszawy jeździła. Bywała w teatrach, operze, ale prawie nigdy nie zajeżdżała do klubów - gdzie bawiono się inaczej.

W Rogalach urodziły się dwie córeczki - bliźniaczki, które kochała bardzo i zapewniała im też stałą, dobrą opiekę, wtedy, kiedy musiała wyjeżdżać. Matka nasza świetnie łączyła obowiązki matki, żony i kobiety społecznie pracującej dla kraju.

Z czasów, kiedy matka była jeszcze w Rogalach, pamiętam, że zawsze grała na fortepianie z pamięci. Widzę sylwetkę matki przy fortepianie i słyszę jak gra w ciemnym salonie przez kilka godzin. Dzisiaj, kiedy z radio płynie ta sama muzyka, wzruszam się bardzo - nasuwają się wspomnienia.

Mama była kobietą gruntownie wykształconą. Władała czterema językami, znała i miała w swojej bibliotece ponad 3 tysiące książek - dzieła najlepszych pisarzy. Tłumaczenia oraz oryginały w obcych językach.

Lubiła malować kwiaty i naturę martwą. Była przy tym ujmująca, wesoła, pełna energii i inicjatywy. Jeździła z odczytami po wsiach, drukowano też jej felietony w gazetach.

Pamiętam, że po pierwszej wojnie światowej (zawsze wielka patriotka) opiekowała się żołnierzami - rekonwalescentami, których zapraszała do Rogal. Przebywali oni w domu jej rodziców - po kilka tygodni.

Matka była kobietą zacną, przywiązaną do męża i dzieci. Uwielbiała wieś - zresztą chyba najlepiej się tam czuła. I tam przez całe swoje życie mieszkała. Jak już wspomniałam była wielką patriotką.

Maria Ficka

Książki Heleny Mniszek
Trędowata, Ordynat Michorowski, Zaszumiały Pióra, Panicz, Książęta boru, Prymicja, Gehenna, Czciciele szatana, Verte, Pustelnik i Persefona, Prawa ludzi, Sfinks, Królowa Gizela, Dziedzictwo, Z ziemi łez i krwi, Kwiat magnolii, Powojenni, Magnesy serc oraz Słońce ( ostatnia książka - zrekonstruowana według rękopisu przez Marię Darkiewicz, wnuczkę pisarki, została wydana po raz pierwszy w 1993 roku ).

Następna strona >>>

Kontakt za pomocą poniższego formularza lub e-mail : razmich(at)wp.pl

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *